Dało się! I było wspaniale.
Sobota przywitała nas słońcem. A nastroje mimo zmęczenia podróżą - dopisywały. I można było mówić i mówić i mówić... Bo okazało się, że tak, te kobietki tak fantastyczne na blogach są dokładnie takie same w realnym życiu i mimo, że tak jesteśmy różne - tyle nas łączy :)
Właściwie to było nas trochę więcej niż 4...
Jula załapała się na pierwszych kilka godzin, bo Mężon podreptał do pracy. Nowe "ciocie" ogromnie przypadły jej do gustu i mimo, że miałyśmy trochę rozbieżne cele (ja - gadać, gadać, gadać - ona - biegać, biegać, biegać ;) to jakoś dało się pogodzić "interesy".
Jakie są kobietki, które spotkałam? Ciepłe, mądre, zwariowane, wesołe, rozgadane. Żaden temat nie był nam obcy :) szkoda, że dnia nie dało się rozciągnąć...
A Jula się zakochała :))
Od pierwszego podania ręki, jak nigdy, jak z nikim - ot tak po prostu, nie schodziła cioteczce z kolan :)) I kiedy właściwie nie garnie się do obcych (nawet do swojej chrzestnej ma ogromny dystans) - ten raz nie miała z "oswojeniem się" żadnych problemów. A na koniec wszystkie nowe ciocie dostały po buziaku :)))
- stąd wniosek - na naszym "zlocie" nie było OBCYCH :)
A gdy po Julę przybył Mężon... imprezka zaczęła się rozkręcać :)
Pyszne winko, pyszne jedzonko, rozmowy - wszystko to, co Tygryski lubią najbardziej. Bardzo Wam dziękuję dziewczynki! Wierzę, że nie raz to powtórzymy. Choćby miał to być najdłuższy proces decyzyjny świata :)))
A jeśli ktoś ciągle się waha - spotkać się - nie spotkać... Przemyślcie, czy nie warto wahania zamienić w TAKIE chwile :)
i jeszcze coś - WSZYSTKIE TE CUDOWNE ZDJĘCIA ROBIŁA JULITKA :) (no dobra, może poza ostatnim ;))))

